Bo najpiękniejsze jest czucie bycia

Luty 2008 – Lipiec 2008

luty 2008 – lipiec 2008

[strach przed lataniem]

obudziłam się z uczuciem całkowitego rozpieprzenia. z lękiem, uciskiem gdzieś w środku. gubię się w swoim świecie, w słowach i myślach. nie mam swojego pokoju, więc nie mam swojej przestrzeni, nie mam swoich ubrań, więc mnie nie ma. mam tylko poplątane myśli. myśli, których nie umiem rozplątać, by je na nowo ułożyć.

zastanawiam się, co mam myśleć o osobie, która mówi, że teraz zadaję się tylko z ludźmi, od których coś może dostać. i wcale nie uważam, że ona tylko bierze – napewno też coś tym ludziom daje. ludzie pchają swoje życia do przodu, głośno śmieją się, udając, że są szczęśliwi.

a ja niespodziewanie rozpłakuję się podczas rozmowy, i ona nie rzuca żelazka, by podejść i przytulić. więc szybko się uspokajam. płacze po cichu i w samotności.

i taki mógłby być mój plan na lato: skończyć studia, znaleźć prace, wyprowadzić się z domu. a późnym latem i wczesną jesienią mógłby być mój nowy początek.

[something inside me says I am still waiting for a hurricane]

wiosna jakby wyhamowała. słońca nie ma, deszczu nie ma, niebieskiego nieba też. jest bezruch powietrza i pełnia księżyca, która nie pozwala spać.

ogarnia mnie obojętność. pierwsze czego nie zrobiłam, gdy włączyłam komputer to niewłączenie muzyki. znowu się boję. siedzę sama w cichym mieszkaniu, próbując opanować swój strach i sama siebie podnieść na duchu. chusteczki są mokre od moich łez, i już nie chcą ich przyjmować.

i znowu się gubię w korytarzach mojej przeszłości. gubię się w swoich myślach i słowach. i nie zakochuje się, nawet gdy on dotyka moich włosów.

and where is the missing piece.

[the time is now]

w głowie ciągle słowa o wiośnie, która robi coś moją głową i moim sercem. w duszy ciągle mój własny krzyk. the time is now.

porządkuje mojego winampa. ubieram się w ciepłe myśli. niezakochuje się tej wiosny. słucham muzyki. uśmiecham się.

[coś we mnie krzyczy]

i nie mogę się od tego krzyku uwolnić. nie chcę. spędzam wczorajsze popołudnie i wieczór na siłowni z ludźmi, których nie znam. uśmiechnięci, żartują, pracują dużo, żyją.

i mam ochotę być taka. żyć szybko w gorące dni tego lata, wieczorami na rozpalonym balkonie palić papierosa.

i jak nigdy jestem głodna doświadczeń. spragniona życia i wrażeń. uciekać do świata, by wracać do swojego intymnego, pełnego muzyki i swoich poplątanych myśli.

i czy tylko jak się ma 18 lat, można się śmiać do utraty tchu, tak głośno, że wszyscy na ciebie patrzą.

i czas już chyba najwyższy wykorzystać swój kalendarz na 2008 rok.

i nagle w ciągu dnia smutnieje, w brzuchu coś mnie ściska. nikt i nic już we mnie nie krzyczy, muzyka mnie nie wypełnia. jest we mnie jakby pustka, próżnia, po której jak wiatr na pustyni szaleje strach. paraliżuje od stóp do głowy. boję się, że to dorosłe życie mnie przerosło, że nie poradzę sobie z ciężką i szarą rzeczywistością. i rozpieszczanie samej siebie kupieniem następnej pary kolczyków i szalika, nic nie da. krótka chwila szczęścia. na myśl przychodzą mi tylko słowa: muszę poszarpać się ze strachem i niemocą.

to ta mała w zielonym płaszczyku. uzależniona od zielonego.

spojrzałam do kalendarza. dziś miałam być w teatrze.

[poczekam do jesieni. poczekam ile będę musiała]

wiesz, widziałam dzisiaj piekny poranek. słońce wschodziło nad parkiem. jakieś owocowe drzewko zakwitło na różowo. i promienie słońca przebijały się przez drzewa. na niebie były piękne małe chmurki, jak z książki dla dzieci. trawa jest już zielona i powietrze pachnie wiosennie. wciąż mam ten obraz przed oczami. i zapach. no i oczywiście śpiew ptaków w uszach.

wiesz, jestem szczęśliwa. czuję to w sobie. uśmiecham się gdzieś tam w środku. ta wiosna robi coś z głową. a właściwie to z sercem. i w głowie mam muzykę. i nucę ją lekko pod nosem w pracy. coś mnie ciągnie do przodu. coś mi mówi, że dam radę. wiem, banalne słowa. ale je słyszę gdzieś w głębi siebie.

czasami tylko, wieczorem, w nocy albo o poranku, gdy ze snu budzi mnie budzik, strach mnie odwiedza i mocno mnie przytula. i boje się, że pozbawi mnie całej mojej krwi. czasami tylko, mam wrażenie, że się duszę, a moje oddechy są płytkie i szybkie. jakbym nie umiała oddychać.

uciekłabym stąd. znikłabym, ale muszę jeździć tramwajami i autobusami po mieście. i pukać do drzwi różnych pokoi i gabinetów ważnych ludzi. załatwiać swoje tzw. ważne sprawy.

zafarbowałam włosy na rudo. chcę kupić zielone kolczyki. i wybrać się na spacer w swoim zielonym płaszczu. spacer po mieście k. wieczorny i najlepiej po wiosennym deszczu. lubię moje miasto wieczorem i w deszczu. światła latarni pięknie odbijają się w bruku ulicy.

chciałabym, żebyś mnie mocno przytulił. żebyś tu był. ze mną. poczekam do jesieni. poczekam ile będę musiała.

tęsknie.

[nie chodzić ulicami słonecznego miasta]

jedna tabletka na uspokojenie. by nie kurwować. czułam jak działa. i chciałabym zniknąć. nie chodzić ulicami słonecznego miastak. nie jeździć niebieskimi tramwajami. nie mieć na imię e. uciec gdzieś daleko, odpocząć od siebie, otoczenia, swojej rzeczywistości.

i budzisz się o 3 w nocy, z lękiem pod skórą, gdy cię ściska gdzieś w środku, a strach i poczucie beznadziejności paraliżują twoje ciało i duszę. do tego stopnia, że nawet nie możesz płakać.

i wydaję ci się, że jesteś niczyja. szara. nie-nadzwyczajna. i czemu do jasnej cholery, ciągle mnie coś ciągnie do przodu i daję siłę. choć już nauczyłam się, że nie mogę sobie obiecywać tych wszystkich pięknych rzeczy.

druga tabletka na uspokojenie. musi zadziałać. papieros i sprzątanie.

[zapalam papierosa, dopijam zimną kawę]

ten plakat i mocni faceci kochają najmocniej – i mam kolejny film na liście.

i nie wiem skąd we mnie ta siła, która pozwala żyć.

jestem niczyja i mogłabym w kalendarzu na kartce z dziesiejszą datą napisać samotność.

wiara, nadzieja i papierosy. plus muzyka. słońce.

[...]

ona ma siłę

nie wiesz jak wielką

będzie spadać długo

potem wstanie lekko

nie wiem, dlaczego dziś w głowie nagle pojawiły się te słowa. włączyłam więc stare Various Manx, które słuchałam jeszcze w podstawówce, i którego tak naprawdę nie rozumiałam, palę papierosa, jem pomarańcze i zastanawiam się, czy to już jest to kilkudniowe ocieplenie, i czy będę mogła ubrać swój nowy zielony płaszcz. wiosenny płaszcz.

codziennie rano, gdy wsiadam do tramwaju, przywołuję wiosnę vaporous oraz mend (to fix, to repair).

[wiosna do dobry czas na zmiany. niedziela to dobry dzień na zmiany]

w piątek spacer w zielonym płaszczu po mieście k. w oknie jakieś restauracji bukiet żółtych tulipanów. poczucie, że nie panuję nad sobą, nad tym co mówię i robię. komedia romantyczna w towarzystwie uśmiechniętych ludzi, plan na wypad za miasto w przyszłą niedziele. i ten mój uśmiech na twarzy, którego nie widzę, ale o którym wiem, że wychodzi głęboko ze mnie i jest mój. intymnie wewnętrzny uśmiech, którym się uśmiecham. i muzyka, która wciąż gra mi w uszach.

a dziś przełożę do innej torebki swoje rzeczy, wyjdę z domu w poszukiwaniu otwartych kiosków i kupię wczorajszą gazetę. wystawię twarz do słońca, by mój organizm wyprodukował trochę szczęścia i zacznę czytać książkę.

[od muzyki piękniejsza jest tylko cisza]

pyszne frytki w papierowej torebce o takim samym smaku i zapachu, jak te na starym dworcu autobusowym, gdy wyjeżdżałam na wakacje. obiekt moich młodzieńczych westchnień z czasów podstawówki spotkany na ulicy. bezsenność o czwartej nad ranem. i piękny śpiew ptaków.

trochę pomilczę. zaczytam się w książce. zatopię się w szarej rzeczywistości, która tak męczy i przygniata swoją beznadziejnością.

ps.widziałam żółciutkiego motyla – cytrynka. w środku miasta. kilka dni temu.

[a jak długo jeszcze będzie trwała wiosna]

chodzę zaspana, spóźniam się do pracy, wychodzę na imprezę, pije pinacoladę, śpię w cudzym łóżku, każde mieszkanie pachnie inaczej, pije na śniadanie pyszną herbatę i jem najpyszniejsze kanapki na świecie. zaraz pędzę kupić wiosenne buty. i jest mi z tym zadziwiająco dobrze.

mamo, a jak długo jeszcze będzie trwała wiosna? oby jak najdłużej – odpowiadam sama sobie.

[...]

żółte tulipany na stole z piątkowego spaceru połączonego z zakupami. zbyt głośny śmiech w sobotę. rozmowa samej ze sobą: nie chcesz go dziś zobaczyć? co ja sobie myślałam?! słowa padające bez sensu w niedziele. łzy, które leją się z mojej bezsilności i kompletnego niezrozumienia całej sytuacji. wrażenie, że wszystko co się dzieje jest niepełne, nie na 100%. niby się bawię dobrze, ale jakby niewystarczająco dobrze, by móc to później wspominać.

i ta muzyka.

i usypiam burzę niespełnionych planów zza drzwi

dobiega już

znajomy szept

to dzień nowy dzień znów przyszedł by udusić

mnie

i obudzić mój lęk przed światłem

a teraz

przemycam moje myśli przez granicę depresji

przytul mnie i

powiedz, że to mi się tylko śni i że obudzę się gdzieś indziej

na innej planecie w innym świecie

gdzie nie ma pieniędzy i żyje

się powietrzem

inaczej znów nadejdzie okrutna bezsenność i

fale rozpaczy, że ja jestem tylko jeszcze jednym szarym przedmiotem

przy barze i że nic nie znaczę i nie mam imienia

[odkrywać wielkie obszary spokoju w sobie]

pustka i tęsknota. we krwi smutek, pod skórą strach, a w duszy wiara w lepsze dni. w oczekiwaniu na rewolucje, dojrzewam. leczę złamaną duszę muzyką i książką.

i to by było na tyle.

[...]

kupuję za dużo kosmetyków, zwłaszcza balsamów do ciała, o słodkich smakach; słucham mało muzyki, bo mój mp3 przeżywa swój pierwszy kryzys; mało jem, prawie właściwie to nie jem; rozpoczęte 3 książki, leża na komodzie i stole; nie mam czasu i ochoty, tak ochoty, na malowanie paznokci na nowy kolor. nie mam ochoty czasami wstać rano z łóżka. nie znajduję się w sobie samej, w ubraniach, w swoich słowach i głośnym śmiechu. na twarz nakładam znowu make-up. niby nie jest dobrze, niby nie jest źle. jak to mówi a. szału nie ma.

chciałabym gdzieś wyjechać na wakacje, odpocząć od tej rzeczywistości, w której jestem od lat, od tych ścian, w których żyje 20 lat, od twarzy ludzi, których okłamałam, o których zapomniałam; pojechać gdzieś, zaczerpnąć świeżego i innego powietrza, poznać jego inny zapach, zatęsknić i wrócić.

wrócić, i zacząć wszystko naprawiać. tak, potrzebuję tego. postawiania kropki na końcu zdania i przejścia do kolejnego akapitu.

albo rewolucji.

[threw my bad fortune off the top of a building]

znów wzbiera we mnie to uczucie pustki, wynikającej z braku kogoś; uczucie tęsknoty do zwykłego niedzielnego spaceru w parku, rozmowy i uśmiechu. tak, dziś też nie zrobię nic, dziś znów będę wyciągać się na pościeli, słuchając muzyki, i wypiję jeszcze jedną kawę, która paradoksalnie pobudzi mnie do życia.

w głowie od wczoraj mam myśl, która zaczyna do mnie przemawiać moim własnym głosem, myśl, że za późno już na wprowadzanie poprawek, że teraz trzeba czekać na to co los przyniesie jesienią, nauczyć się żyć we własnym chaosie emocjonalnym, i nie popełnić tych samych błędów.

nie mniej jednak, lubię dni, kiedy mieszkanie jest puste, pościel rozwala się na łóżku, w głośnikach śpiewa pj , a ja z tym uczuciem tęsknoty siedzę pośrodku tego bałaganu. tak, już nawet nie czuję się taka beznadziejna, jak jeszcze czułam się niedawno.

***

chodzić swobodnie po mieszkaniu nie tylko wtedy gdy jestem w nim sama. hannah wyjęła to zdanie z mojej głowy. tego mi właśnie brakuję, swobody ciała i myśli.

a w mojej głowie siedzi ktoś; leżę w pościeli otulona jej ciepłem i wiem, że jesteś gdzieś tam i że zapełnisz we mnie tę pustkę.

[a spot in the shade where oranges falls]

wysłany sms: wszystko w porządku, jestem ok. w głośnikach a fine frenzy. i nie wiem skąd we mnie ta siła, ta chęć oddychania. i gdy nagle coś cię przerasta, czujesz złość, swoją bezsilność i beznadziejność całej zaistniałej sytuacji, gdy planujesz już swoje morderstwo, nagle przypominasz sobie, że we wtorek o 12 masz gdzieś być. i gdy płakałam wtulona w siebie w kącie łazienki, po odebraniu telefonu od przyjaciółki, której głos przybrał barwę strachu i troski o mnie, mówiłam sobie, że jutro wszystko będzie dobrze. a nawet już dziś wieczorem.

[nieobecna, by nie można było mnie zranić]

mój głośny śmiech w towarzystwie zmienił się w milczenie. wiatr rozwiewa mi włosy na szczycie Wieży Mariackiej. tam też wysłuchuję Krakowskiego Hejnału. turyści z miasta w. są zdziwieni, że nigdy tam nie byłam. nigdy nie byłam jeszcze nad morzem. dostaje zaproszenie do miasta w, a w ciasteczku znajduję wróżbę: najbliższa przyszłość przyniesie szaloną i ciekawą podróż, która pozwoli ci się wzbogacić. już niewierze w moją przyszłość. wieczorem, gdy wracam do domu, ciszę wieczoru przerywa odgłos sztucznych ogni znad Wisły. nigdy nie puszczałam wianków na Wiśle. usta mam nabrzmiałe od czerwonego wina, są spragnione pocałunku. mogłam być dziś w miejscu z mojego dzieciństwa, wciąż pamiętam bieg tamtych ścieżek. chciałabym je poznać jeszcze raz.

[missed]

deep hungry eyes, dress cut in a funny way

she’s not the

one but she gives a try

left what she had, big dreams that be

enough

really thought she might win

but her time is up

[...]

bez swojego wewnętrznego bólu nie byłabym sobą . jestem pełna myśli, niepokojów, sprzeczności i emocji. mam swoje sekrety i myśli, których nigdy nie ujrzą oczy innych. w moim kalendarzu jest sześć pór roku, w moich uszach nie mogłoby by nie być muzyki, a w moich oczach muszą płynąć łzy. mało mówię, nie umiem nazwać swoich emocji i uczuć. zawsze jestem gdzieś pośrodku wszelkich statystyk, albo jestem spóźniona albo za wcześnie, w międzyczasie jestem. staje na granicy potrzeby kontaktu i chęcią odejścia. zamknięta w sobie, zagubiona w wielkim mieście. nieobecna, by nie można było mnie zranić. fikcyjna, by nie można było mnie zniszczyć. czasem otulona kłamstwem, nie umiem odejść gdy ktoś mnie rani.

przede mną nowe możliwości, przede mną wyznaczenie sobie samej celów i zakończenia niepozałatwianych spraw. czeka na mnie sześć książek do przeczytania, czerwony i zielony lakier do paznokci.

po burzy odzyskuje spokój. i jest mi najzupełniej dobrze ze sobą.

[say goodbye to the world...]

bezstresowe wydawanie pieniędzy pomaga. a dodając do tego to majowe słońce, które w końcu pojawiło się na błękitnym niebie, można by stwierdzić, że jest dobrze. oczywiście, zawsze mogłoby być bardzo dobrze. ale nie narzekajmy. bo można w końcu wyciągnąć z szafy japonki i chodzić w nich po ulicach przez całe lato.

w myślach przenoszę się w miejsca z dzieciństwa. wyczuwam zapachy, które kiedyś znałam, a o których jakbym zapomniała. zapach powietrza o poranku, zapach łąki, zapach świeżo skoszonej trawy, i zapach siana, lasu. największą chyba dziś radość sprawił mi widok maków. czerwonych maków, które nie widziałam chyba wieki. może bym pojechała, pojechała do miejsca, gdzie spędzałam każde wakacje. gdzie nauczono mnie, żeby w samo południe zamknąć oczy i słuchać odgłosów świata.

jem budyń z sokiem malinowym. truskawkową galaretkę z bitą śmietaną. a jutro – lody.

to są właśnie te dni, obok których stoi przymiotnik piękne.

[i am a fire burning desperately]

i czuję, że coraz częściej przegrywam sama ze sobą. wciąż rozpoczynana walka o siebie, swoje myśli, marzenia, już mnie męczy. znów jestem w zawieszeniu, w międzyczasie. właściwie to zawsze byłam i będę pomiędzy sobą z dzisiaj, a nią z jutra.

jestem tu i teraz, w tramwaju, w pracy, w domu, w śnie. emocje są zbędne. nie chcę sobie niczego obiecywać, bo zawsze siebie zawodzę najbardziej.

[...]

obudziłam się. i chciałabym by dzisiejszy piątek nie skończył się zbyt szybko. nie noszę od kilku dni makijażu. myślami jestem wciąż daleko, ale już bliżej niż wczoraj. natrafiłam na nieznaną mi wcześniej piosenkę ani de. spokój w niej.

i ta piosenka mówi o mnie wiele.

[tam nie ma mnie]

tam jest tak jak w pluszowym pokoju. tam mężczyźni nie rozbierają kobiet z płaszczy, chcą je wziąć owinięte w jedwab i wełnę. tam jest cicho i spokojnie.

jedyne co mogę napisać dziś w tym miejscu to to, że nie chce mi się żyć.

marzy mi się tylko ciepła dłoń, która miękko i delikatnie pogłaszcze mnie po włosach; że w tym deszczowym i zimnym dniu, otulę się w jedwab i wełnę.

[żyjemy tak jak śnimy. samotnie.]

to niesamowite jak właściwie z godziny na godzinę potrafię zmienić bieg moich myśli. jak potrafię wstać i poczuć w sobie tę siłę, która poniekąd czyni mnie inną osobą.

i chciałabym być otulona warstwami kłamstw. kłamstw, które chroniły by mnie przed ludźmi, którzy chcą mnie ranić. i chciałabym mieć odwagę odchodzić od ludzi, którzy mnie ranią. zaczynać od nowa.

[listen to my silence i keep the words for dessert]

nie wierze w nią, nie wierzę w ciebie, w nikogo nie wierzę. bo za dużo złych słów padło z ust ludzi, którzy są mi bliscy, z różnych względów; bo już nie potrafię rozróżnić, czy ktoś mnie wspiera, czy wykorzystuję; bo pogubiłam się w samej sobie. ale to stało się już dawno. i czasem muszę z siebie nagle coś wykrzyczeć; słowa, które siedzą gdzieś głęboko mnie, jakby bez mojej świadomości. i znowu pojawia sie u mnie potrzeba ucieczki, zamilknięcia, schowania się gdzieś głęboko w siebie.

ktoś mówi mi, że muszę wyjść z domu, żeby kogoś poznać. na pytanie kogo poznam siedząc w domu, odpowiadam: listonosza. tylko, że listonosze teraz strajkują, i nie przynoszą listów. mogłam powiedzieć jej, że właściwie to spotkałam tego potencjalnego, który spowodował mój stan pewnego zakochania.

zastanawiam się, czy ktoś kiedyś zachwyci się mną, skoro ja już nie umiem zachwycić się sobą. i nie lubię, gdy ktoś mnie pyta: a co u ciebie słychać? bo zamknęłam gdzieś głęboko swoje emocje, swoje słowa, by uchronić siebie od zranienia.

pracuję i płacę rachunki, słucham muzyki i marzę.

[...]

tak, chyba mogłabym mieszkać sama. musiałabym się przyzwyczaić tylko do nocy spędzanych samotnie. przyzwyczaić się do dźwięków, które po zmroku brzmią inaczej, straszniej. bo, kiedy jestem sama w mieszkaniu, zwykle zapalam zbyt wiele świateł.

i znów mam to uczucie, że idę w kierunku nieokreślonego celu, który powstał w mojej głowie już bardzo dawno temu. i mam w sobie jakąś nadzieje, że kiedyś się wydarzę. a pomiędzy tym, najchętniej rzuciłabym wszystko i uciekła do miejsca, gdzie żyje się powietrzem.

życie, moje życie, niezachwyca mnie tak, jakbym chciała, bym umiała nim żyć. ja nie zachwycam siebie samej.

i pogubiłam się gdzieś pomiędzy dniami.

[obezwładniająca siła dnia, siła, z jaką w miastach odradza się maj]

spałam dziś do wczesnego popołudnia. ostatnimi dniami lubię ten stan; zaraz po przebudzeniu a jeszcze przed obudzeniem się. i tak zwykle jestem spóźniona do pracy i zaspana do późna.

zaraz chyba będzie burza. a ja jestem podobna do powietrza przed burzą. i choć się boję burz, to też je lubię.

i czułam się ostatnio dobrze. i mówiłam do siebie, że jestem szczęśliwa. zwykle kiedy to mówię, zaraz potem przemycam moje myśli przez granicę depresji.

po wczorajszym filmie zakochałam się w nim.

obezwładniająca siła dnia, siła, z jaką w miastach, odradza się maj.

chciałoby się zacząć jeszcze raz,

chciałoby odnaleźć zmarnowany czas,

utracony w nas.

a ja chciałabym się zabić. i co się stanie ze mną wczesną jesienią?

[...]

takie wiadomości, takie zachowanie ludzi, budzi we mnie gniew pomieszany z bezsilnością. nie potrafię zrozumieć, nawet nie chce się starać. do pewnych rzeczy nie umiem się przekonać. pewnie rzeczy nie mają dla mnie innego bytu istnienia. w takich chwilach dowiaduje się jak bardzo głęboko to dalej we mnie tkwi. jak bardzo wciąż boli. czas wcale nie leczy ran. takie rany nawet się nie zabliźniają. do takich ran w duszy przyzwyczajasz się, budujesz od nowa swój świat. ale nigdy już nie jest tak samo.

[even in the summer, even in the spring you'll never get too much of a wonderful thing]

są takie dni, kiedy zakładam na siebie spódnicę, wyruszam w miasto w japonkach i z pomalowanymi na fioletowo paznokciami. idę z podniesioną głową i czuje wiatr we włosach. to są takie dni, kiedy odczuwam opiekę swoich aniołów. kupuje drogie japonki, nie myśląc, że są za-drogie.

są takie chwile, kiedy mała rzecz cieszy mnie ogromnie. maki na łące, dwa jamniki bawiące się w parku, muzyka na uszach. są takie chwile, kiedy rzucam sama do siebie stwierdzenie; jestem jaka jestem i jest mi z tym najzupełniej dobrze.

tak, życie jest proste, to ja je tylko komplikuje.

[two thousand miles away he walks upon the coast]

miałam tej nocy sen. śnił mi się chłopak, w którym miałam się nie zakochiwać tej wiosny. powiedział: nie bój się, ja chcę się tylko w tobie zakochać.

wciąż pamiętam jego głos za plecami, wciąż pamiętam dotyk jego dłoni na moich plecach. ma kota i pali papierosy. jest instruktorem na siłowni. ma chyba niebieskie oczy, bo jest blondynem. nie umiem przypomnieć sobie jak wyglądają jego dłonie, ale wiem, że mają ciepły dotyk.

tak, boje się kochać.

it seems so far away

i see men come and go

two thousand

miles until i reach that open road

[powietrze pachnie już latem]

a ja wciąż nie wiem kim jestem. ktoś wczoraj pomógł. ktoś obcy. jak dla mnie. wyciągnął telefon i zadzwonił gdzie trzeba. a dzień wcześniej mówiłam, że nie poprosiłabym go o pomoc. jest dla mnie jeszcze obcym człowiekiem.

przewrotność losu. i moich słów.

tym większy czuję chyba do siebie żal, że bardziej się nie postarałam. dla kogoś innego.

dziś w nocy myślałam, że wybuchnę. od środka. nie lubię siebie. zwłaszcza takiej siebie. która krzyczy, wpada w panikę i nie umie się opanować. i mam siebie dość. po prostu dość. i nie wiem co mogłoby się stać, co miałabym zrobić, żeby zabić tą siebie.

włączam letnią muzykę. everything will be all right come here my dear.

[we are accidents waiting to happen]

budzę sie o czwartej nad ranem, i już się nie boję siebie, a moje postępowanie już nawet mnie nie dziwi. świadomie spóźniam się do pracy ponad półgodziny, pozwalając wypić sobie kawę. nie pamiętam, czy to było dziś czy wczoraj, bo nie rozróżniam dni. nie potrfię się skupić na muzyce, na rozmowie, nie potrafię zapamiętać jednego zdania. uparcie wpatruję się w swoją twarz w szybie autobusu. to ja. poznaję siebie. odnajdując w swojej twarzy jakieś cechy, nie umiem ich nazwać. zawsze byłam jakaś, i zawsze wszystko jakoś miało mi się ułożyć.

znów wracam do domu bez zielonego lakieru do paznokci. i bez figurki buddy z hipermarketowskiej przeceny. miał być na  szczęście. mam nadzieje, że bez niego szczęście mnie znajdzie.

i czekam, kiedy się wydarzę.

[jakich trzeba użyć słów by powstrzymać ludzkie łzy]

wchodzę wczoraj do empiku w poszukiwaniu nowej książki murakami’ego i słyszę głos thom’a. pod stopami czuję miękką wykładzinę. biblioteki mogłyby być takie jak empik, empik mógłby być biblioteką. przeczytane książki są inne, mają duszę.

książka murkami’ego, ta nowa, zaczyna się od pięknych słów. zawsze czytam pierwsze zdania książek. akurat obok tego zdania nie można przejść obojętnie.

znów potrzebuję silnej męskiej dłoni, by mnie pogłaskała, i męskiego szeptu by mnie utulił. nie ma chyba nic piękniejszego od męskiej dłoni, silnej i delikatnej zarazem.

czas za szybko mija, a ja nad niczym nie mam kontroli. czasami czuje, że mogę tak żyć tym życiem, ale dziś już nie wiem dlaczego tak myślałam.

ocal mnie nim utracę wiarę w sens.

[...]

jutro…dowiem się, czy przypadkiem nie skreślono mnie z listy studentów; pójdę na rozmowę kwalifikacyjną. jak wszystko pójdzie dobrze, to może kupię te za drogie japonki i zielony lakier do paznokci. w końcu. będzie co ma być. nie umiem szarpać się z losem, życiem. zawsze byłam pokorna i cicha wobec tej siły, kimkolwiek albo czymkolwiek ona jest. a i tak uważam, że wszystko co nas spotyka nie dzieje się przypadkiem, że wszystko jest tam gdzieś zapisane, z góry ustalone. może tak jest łatwiej i wygodniej. może tak tłumaczę siebie i mój świat.

[...]

i zrobiło się wokół mnie jakoś spokojniej. jestem spokojna, bo uśpiłam chyba swoje myśli i lęki. jutro poniedziałek; wstanę rano, może zdążę wypić poranną kawę przed wyjściem, w drodze do pracy posłucham muzyki.

[...]

czasami kiedy wieczorem kładę się spać w świeżej pościeli, otulam się ciepłą kołdrą; zwłaszcza w tak zimny maj jaki mamy teraz, przypomina mi się scena z dzieciństwa, kiedy to w każdą sobotę brałam wielką kąpiel, mama myła moje długie blond włosy, rozczesywała je i kładła mnie spać. tata mówił: a teraz przytul się i śpij. tak, tak chyba mówił. a rano pytał mnie jak się spało. odpowiadałam, że lekko.

dobrze być dzieckim.

podoba mi sie mieszkanie Basi z “teraz albo nigdy”. podoba mi się jej koszyk z misiami.

wczoraj wieczorem chciałam popełnić samobójstwo internetowe. nie mogłam. jeszcze nie teraz. i zawsze moje marzenia kończą się na tym, że się zakochuję i mam przyjaciół. a przecież jestem samotnikiem.

_____________________

kraków, luty – lipiec 2008

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.