Listopad 2008 – Kwiecień 2009
listopad 2008 – kwiecień 2009
listopad jest ciepły. chodzę po mieście w modnej jesiennej kurtce, rzadko zakładam rękawiczki. kiedy dłonie mi zmarzną, grzeję je pomiędzy udami. jest ciepło jak na listopad, mgliście o świcie, czasem słońce wychodzi zza chmur, ale zmrok zapada już wcześnie. latarnie zapalają się i gasną jednocześnie. ale wciąż jest kolorowo. w centrach handlowych są już dekoracje świąteczne, w telewizji też robi się świątecznie. nie lubię świąt.
mam 25 lat, niebiesko-szare oczy, studia ciągle w toku, pracę, która mnie nie satysfakcjonuje, rodzinę, która nie potrafi się porozumieć, znajomych, ale wszystkie dostępne środki międzyludzkiej komunikacji milczą, czarną kote i poczucie emocjonalnej pustki. mieszkam w mieście, po którym jeżdżę tramwajami i autobusami. czasami dopatruję się u siebie symptomów jakieś choroby aspołecznej. lubię słuchać muzyki. lubię też kawę, czekoladę, mleko i truskawki. a najbardziej lubię ich zapach, kiedy przychodzi wiosna.
domyślam się, że moja kota też ma problemy emocjonalne. zauważyłam to ostatnio. może za mało ją głaskam, a może to brak wystarczającej ilości słońca. a głaskanie kota pomaga podobno w depresji. i kocie, i ludziowi.
jestem przezroczysta.
16 listopada 2008
jestem sama w domu, czytam książkę. w kalendarzu wypisuję rzeczy, które mam do zrobienia w nadchodzącym tygodniu. odnajduje się w przestrzeni mojego mieszkania, słuchając odgłosów moich gołych stóp, chodzących po drewnianych panelach w pokoju, płytkach w kuchni. zaparzam zieloną herbatę i wypalam papierosa.
może jestem tym kim chcę.
19 listopada 2008
mam wrażenie, że pora roku jaka panuję na zewnątrz, nie przypomina już jesień, ani jeszcze zimy. znów świat tkwi w zawieszeniu, ja zdaję sobie sprawę, że dni przelatują mi między kartkami kalendarza, że tracę kontrolę. strach znów czai się gdzieś pod skórą. nie chcę dotrwać w tym stanie do wiosny. nie mogę.
22 listopada 2008
muzyka trafia w najczulszy punkt w moich uszach i rozpływa się w mojej głowie. jakieś neuroprzekaźniki rozdzielają jej delikatne drgania po całym ciele. mogę wyczuć tę energię opuszkami palców na mojej skórze.
dziś spadł pierwszy tej zimy śnieg. przepalił się bezpiecznik. kiedy myślę, że wszystko jest ok, to właśnie wtedy wszystko zaczyna się walić.
mam awarię od kilku dni. w mojej głowie.
nie nie nie jestem spokojna w mojej głowie wojna.
30 listopada 2008
nie jem, nie palę, piję jedną kawę dziennie i mało słucham muzyki. robi mi się strasznie smutno, gdy widzę na ulicy parę, gdy dostrzegam na palcu obrączkę. znowu ryczałam w tramwaju, takie łzy dawno się spływały mi po policzkach. znowu napytanie, co się stało? odpowiadam: “nic”.
miłość jest dla mnie wciąż czymś niepoznanym, uczuciem idealnym, wyśnionym w snach na jawie.
04 grudnia 2008
światło porannego słońca odbija się od szklanych ścian miasta, na kawałku nieba wyciętego z betonowych bloków,obserwuję różowe wschody słońca. oddycham powietrzem, które przypomina mi wczesną wiosnę albo jesień. zasypiam razem z miastem, przykrytym gęstą mgłą, a gałęzie nagich brzóz za oknem, przypominają mi śpiącą wierzbę z opowiadania murakamiego. listopad zamienia się w grudzień, a ja wciąż rzadko noszę rękawiczki. dłonie mam zmarznięte i jestem głodna emocji. rozmawiam z a., jem z nią lody, i cieszę się, że moje włosy rosną. pod przejściem podziemnym i przechodząc obok księgarni, odwracam wzrok w stronę książek.
od jutra się nie złoszczę.
05 grudnia2008
pojawił się dziś u mnie ten rodzaj energii, który pozwala mi uwierzyć w siebie, mieć nadzieje i czuć się dobrze. stałam na przystanku, słuchałam muzyki, ludzie wsiadali i wysiadali z tramwajów i autobusów, a ja stałam, patrzyłam, byłam. a później w odbiciu tramwajowej szyby zobaczyłam swoją twarz. miałam wrażenie, że ludzie na mnie patrzą, patrzą mi w oczy, jakby chcieli zobaczyć mnie od środka.
lubię miasto nocą, zwłaszcza gdy pada, a światła odbijają się od mokrej powierzchni chodników. chcę się więcej uśmiechać i szukać spokoju.
07 grudnia 2008
nie chcę być zgorzkniałą, nie zadowoloną z siebie i ze swojego życia kobietą.
10 grudnia 2008
chyba tak to już ze mną jest, że budzę się w środku tygodnia i nie mogę udźwignąć swojego prywatnego świata, jego emocji. brak mi chyba punktu zaczepienia.
a ostatnimi dniami była książka w tramwaju, której czytanie wywoływało u mnie poczucie, że jest pisana jakby dla mnie; było spotkanie przy pysznej kawie; była rozmowa, był śmiech; był spokój w mojej głowie.
a dziś mam w sobie smutek, który wdarł się w mój układ krwionośny i zainfekował serce.
11 grudnia 2008
czasami mam wrażenie, że jednak k o g o ś mam za swoimi plecami. wierzę w anioły.
i wiem już czego będzie mi brakowało w te święta. dotyku dłoni i szeptanych do ucha słów.
14 grudnia 2008
rozpieprzam czas pomiędzy palcami, słuchając muzyki, która otacza mnie fioletowym jedwabiem. maluję w głowie obrazy, zatapiam się w nie rzeczywistym świecie i nierealnej m n i e.
22 grudnia 2008
przypominają mi się słowa, które kiedyś ktoś wypowiedział podczas rozmowy; że każdy potrzebuję kogoś do kochania. rasp napisała: przez sekundę myślę, że też tak chcę, może bez ślubu, kredytu i ciąży, ale z tym poczuciem, że coś mnie gdzieś trzyma. albo ktoś. też tak chcę. ubierać z tym kimś nie-sztuczną choinkę, mieć punkt zaczepienia, czerpać radość z normalnych, codziennych dni.
jestem jak upiór, z wiersza Świetlickiego. zamordowana, niekochana, emocjonalnie upośledzona. nie wiem, czy jutro będzie wiosna, i czy uda mi się z najgłębszych warstw samej siebie wydobyć siłę, żeby zrobiło się o wiele lepiej, łatwiej, bezpieczniej. spokojniej. jak pisze rasp.
28 grudnia 2008
jestem sama w mieszkaniu. nie umiem wystukać na klawiaturze, tego co czuję. tych emocji jest dużo, są skomplikowane, są zbyt ciężkie, by je z siebie wyrzucić.
nie umiem napisać siebie.
07 stycznia 2009
jest spokojniej. jest magicznie. zapalam papierosa na skrzyżowaniu. wieczorem, gdy z nieba pada śnieg. jest mroźno. dym papierosowy miesza się z parą. kręci mi się w głowie.
czuję ulgę po wyrwaniu bolącego zęba.
16 stycznia 2009
uwielbiam upijać się winem. wracać do domu późnym wieczorem słuchając Comy. wino było mołdawskie. było w fajnej butelce, którą przyniosłam do domu.
padły mi baterie. wszystkie. najpierw telefon, później mp3. a na końcu ja. w swoim łóżku. w pozycji, w której najbardziej brakuję mi kogoś, kto przytuli. ze łzami w oczach. ze swoim szeptem: nie płacz.
i znów tusz do rzęs odbił mi się na poduszce.
22 stycznia 2009
odkrywam świat blogów przed an. i a. jest mi z tym dobrze, nawet się nie boję, że mogą mnie tu znaleźć.
śnieg się roztapia, pada deszcz, mgła przykrywa świat. ja wręcz zaciągam się ciepłym, jakby wiosennym powietrzem. zaciągam się też papierosem i chwytam go czasami bez zastanowienia. na witrynie kwiaciarni i dłoniach przechodnia widzę żółte tulipany.
uśmiecham się. żyję. choć czasem brakuję. “czegoś” albo “kogoś”.
23 stycznia 2009
podobno są cztery kategorie mężczyzn: byli, obecni, przyszli i niedoszli. ja mam jeszcze piątą kategorię. facetów, których stworzyłam w mojej głowie.
miałam ich kilku. kochałam ich do szaleństwa. byli idealni. silni i delikatni zarazem. męscy, stanowczy, troskliwi. kochałam się z nimi, oni mnie bili, zdradzałam ich. ubierałam z nimi choinkę, robiłam zakupy, gotowałam obiad, śmiałam się. płakałam, a oni tulili mnie w ramionach. wychodziłam za nich za mąż, rodziłam im dzieci. oni robili mi piękne zdjęcia, grali na gitarze i śpiewali piosenki. odchodziłam i wracałam.
gdybym spotkała teraz swojego byłego, zapytałabym go: czy mnie kochał? bo chce to wiedzieć, bo nie pamiętam jak to jest czuć się kochaną.
ostatnio o nim myślę. przypominam sobie różne sytuację, słowa. są wyblakłe, puste. to mi zostało z tej miłości. z miłości.
a wiecie co jest najseksowniejszego w facecie? ucho, i ten kawałek delikatnej skóry za małżowiną. nie zapominając oczywiście o włosach, dłoniach i silnych ramionach.
26 stycznia 2009
dziś uleciała ze mnie ta cisza, trochę. może to przez poniedziałek, może przez moje chore urojenia. ale wiem, mam prawo tęsknić do miłości. tęsknie już ponad rok. ale i wierzę, że się pojawi, bo inaczej zwariowałabym ze swoimi myślami.
słucham Comy. namiętnie od kilku tygodni. odnajduję równowagę w tej muzyce. wycinam z tekstów wersy i zapisuje je gdzieś w głowie. a głos Roguckiego brzmi czasami oszałamiająco. jakby śpiewał mi do ucha, tylko dla mnie. zwłaszcza, gdy mam go w słuchawkach. a mam codziennie, gdy jadę na drugi koniec miasta, do pracy. mocny, czysty, ciepły głos.
wkrada mi się też do snów.
Myśli okiełznałem czule
Żądze wystroiłem w treść
Strach zawstydził się i uległ
Ciszy, której ton przepełnia dzień
Więc nasycam się dniem
Nasycam się dniem.
01 lutego 2009
czuję, że coś się dzieje we mnie. bardzo wolno dojrzewam, dochodzę do każdych wniosków powoli, ale wcale nie po długim, analitycznym przemyśleniu wszystkich za i przeciw. mam wrażenie, że wiele rzeczy w moim życiu pojmuję intuicyjnie. zwykle problemy same się rozwiązują albo znikają, bo ja odsuwam je na daleki plan.
dojrzewam. stwierdzam, że mam już prawie 26 lat, więc trzeba skończyć się użalać nad sobą. czas najwyższy wziąć się garść, zacisnąć zęby. postawić sobie coś za cel i dążyć do niego. przy okazji dobrze się bawić i brać to co przynosi życie garściami.
mam olśnienia, myśli które pojawiają się w głowie nagle w środku dnia. zmywam podłogę i dochodzi do mnie, że nie mam tej zwykłej energii do życia. jestem słaba, fizycznie słaba. mało jem, coraz więcej palę, piję tylko kawę.
jedyną rzeczą, która jest pewna w moim życiu to ta, że jutro jest poniedziałek i wiem, że jakoś zwlekę się z łóżka i pojadę do pracy. i tak przez następnym 5 dni. po czterech tygodniach dostanę przelew na konto, o ile szef przypomni sobie o moim istnieniu i uda mu się zrobić przelew na moje konto, a nie w jakąś przestrzeń międzybankową.
i w sumie mam dużo rzeczy do zrobienia. rzeczy, którymi mogłabym zapchać poniedziałek, wtorek i cały tydzień. zminimalizować proces myślenia i planowania, na rzecz działania.
05 lutego 2009
otwieram szeroko okno, wpuszczam do pokoju świeże wilgotne powietrze. zapalam zbyt mocnego papierosa. znów odwilż. topniejący śnieg odkrył zgniłą zieleń trawy, wilgoć ziemi. powietrze pachnie wiosną.
wiosną, która zdaję się przychodzić jednak zbyt wcześnie. jak święta bożego narodzenia w listopadzie. sprzedawana w postaci żółtych tulipanów.
duszę się w swojej przestrzeni. mieszkania, pracy, myśli. rano duszę się od zapachu papierosów, unoszącego się w powietrzu.
Mała ty wiesz dławi mnie tlen, a każda dzień wymyka się.
06 lutego 2009
obudziłam się, zbudzona własnym rozpaczliwym płaczem. w śnie. a później, na wpół obudzona przypomniały mi się scenki z życia rodzinnego. a jeszcze później łzy popłynęły po policzkach.
dawno nic t a k i e g o mi się nie przyśniło. ostatnio tylko otwarte przestrzenie i góry.
a na urodziny życzę sobie sama: odczuwania drgań strun ukrytych gdzieś w środku mnie. i tradycyjnie dużo szczęścia, spełnienia marzeń i realizacji wszystkich planów.
07 lutego 2009
w tamtym roku, dokładnie w dniu moich poprzednich urodzin założyłam bloga. pisałam go do lipca zeszłego roku. aż pewnego dnia popełniłam samobójstwo internetowe. dziś sieć zrobiła mi niespodziankę, gdy wpisując w google “fioooolka” odnalazłam stare wpisy.
wpisy nie są chronologicznie poukładane. nie ma wszystkich. ale bardzo się cieszę, że w przestrzeni www odnalazłam swoje zgubione słowa.
09 lutego 2009
miałam sen. nie wiem jaki, ale to musiał być sen. obudziłam się na po prawej stronie łóżka, a zwykle śpię na środku. ze spokojem otwarłam oczy i odwróciłam głowę w puste miejsce obok mnie.
dawno temu, w ciepłe lato obudziłam się nagle z przerażeniem. musiałam się zastanowić chwilę, gdzie jestem, kim jestem i kto leży koło mnie.
wybieram spokój. czekam na to co ma przyjść.
12 lutego 2009
zapętliłam się, zagubiłam. było mi cholernie smutno i się popłakałam. co jakiś czas zaglądałam w lusterko, w swoje oczy, czy przypadkiem tusz się nie rozmazał. nie rozmazał się, więc płakałam dalej. a właściwie to łzy same płynęły mi po policzkach.
potrzebuję zmiany. małej rewolucji. albo całkiem wielkiej. kontaktu z żywym słowem, gestem, człowiekiem. co jest totalnie dziwne i niepodobne do mnie. od dziecka jestem samotnikiem, nie rozmownym osobnikiem, który potrzebuję dużo czasu na zawarcie najprostszej formy znajomości. ale tęsknie, i teraz wiem jak bardzo mi tego brakuję. jak bardzo pod tym względem jestem uboga.
mam taką pustkę w głowie, w sercu, w sobie. to przeraża. nie wiem dokąd iść.
15 lutego 2009
wróciłam. bawiłam się dobrze. alkohol trochę uderzył do głowy, wtedy lepiej mi się tańczy. ale smutek pomieszany z procentami zawsze prowadzi mnie do… chyba jeszcze większego smutku. no cóż, takie moje fanaberie.
dziś, gdy oglądałam trzeci z kolei film, spodobało mi się, że czas jest w nim odliczany porami roku. tak, jednak mam mój świat.
a świat jest cały biały. i dziwi się czemu jest biały. no cóż drogi świecie, mamy zimę.
18 lutego 2009
papieros
śnieg
chylińska
czerwone paznokcie
pustka
biała przestrzeń
słowa
wystukiwane na klawiaturze
moje
słowa hannah
w głowie
nie umiem się ułożyć się zdania w tym momencie
19 lutego 2009
zobaczyłam coś w czarnych oczach pana na przystanku i popłynęły mi łzy. a może on zobaczył w moich smutek, bezsilność. ostatnio płaczę częściej. płaczem nie wymuszonym, ale wtedy, gdy czuję w sobie smutek.
denerwuję mnie głośny telewizor. drażnią mnie głosy ludzi. przychodzę zmarznięta do domu i wtulam się w pościel. zasypiam. czekam na czas, kiedy zostanę sama w mieszkaniu i zatapiam się na chwilę w ciszy i mroźnym powietrzu, które wpuszczam do dusznego mieszkania.
wypalony papieros nie smakuję. zgubiłam się znów w swoich myślach.
21 lutego 2009
Ważne,co kryje się poza słowami, dlatego już dawno przestałem wierzyć, że słowo bez kryjącego się za nim znaczenia w postaci urzeczywistniania go działaniem, może oznaczać coś więcej niż marzenie, życzenie. (azazelski)
więc jestem tylko marzeniem, pobożnym życzeniem. nieurzeczywistnionym.
naprawdę czuję się cholernie pusta, jakby wszystko co zdarzyło się kilka lat temu, rok, miesiąc wstecz, jakby tego nie było, nigdy się nie zdarzyło, albo było snem, który pamięta się przez mgłę. i *jestem w tym samym miejscu swojego życia już na tyle długo, żeby móc ruszyć do przodu*, zrobić choć jeden krok do przodu, nawet gdy przyjdzie później zrobić trzy do tyłu. nie pozałatwiane sprawy, nie dokończone zdania, wciąż te same zapętlone myśli w głowie, raniące słowa, odwieczne pretensje, niewyrażone uczucia, żal i smutek. i przypominają mi się słowa napisane kiedyś przez rasp: Wierzę w r u c h. W to, że można zmieniać miejsca, przestrzeń, ludzi. Nabierać dystansu. Poszerzać perspektywę. Odcinać się. Wyjeżdżać na chwilę tylko po to, żeby wrócić z otwartym umysłem. tego mi brakuję, zmiany i innej perspektywy, dystansu do miejsc, w których przebywam, do ludzi, z którymi przebywam. i w głowie pojawiają mi się myśli, żeby pojechać w góry, bo tam jest bliżej Boga, bo tam jest cisza i spokój… i ciągle chcę zaczynać zdanie od “i”…
słowa straciły dla mnie swoją moc. marzenia tlą się we mnie, potrzebują działania.
ja już zaczynam prostować swoje życie, a Ty? tak.
* a w tym zdaniu słowa wymknęły mi spod kontroli.
miało być inne znaczenie zdania,
a wyszło takie. nie zmieniam, nie poprawiam.
***
nie chcę spać z kimś w jednym łóżku pod dwiema kołdrami. nie chcę, żeby ktoś tłumaczył mi to tym, że jest w y g o d n i e.
24 lutego 2009
mam tak mało do stracenia. inni mają tak wiele do stracenia, i potrafią napisać, że się nie boją śmierci, zagrożenia nią. onieśmiela mnie to, przerażając jednocześnie. zawsze, gdy słyszę o c z y j e j ś śmierci, zastawiam się po co ja żyję? jaki jest cel mojego t u istnienia. jednocześnie w głowie pojawia się racjonalna myśl, że powinnam się cieszyć z braku problemów ze zdrowiem.
mam tak mało do stracenia…
25 lutego 2009
leży w wannie. ostatnio bardzo często jej się to zdarza. wieczorem, w ciepłej wodzie, leży i myśli lub zatapia się na chwilę w nie-myśleniu. dotyka dłonią nadgarstka, szukając pulsu. ostatnio zdarzyło jej się to jeszcze dwa razy. dociska mocniej dwa palce do lewego nadgarstka i wyczuwa mocniejszy puls. krew się w niej przetacza, a krew to życie, krew transportuje tlen. dlatego chyba podświadomie zaczyna oddychać, spokojne, zrównoważone oddechy. myśli: chyba kupię stetoskop, małą filiżankę do espresso i będę słuchała jak bije moje serce. coś na pomysł terapii. ma nadzieje, że jej młode serce jest w porządku, że jajniki, macica, i jej szyjka też, że od środka nie zjada jej ciała rak czegoś.
gdy ktoś umiera, myśli wtedy, że tam w tamtym domu rozgrywa się właśnie ta właściwa tragedia śmierci. tak jak w jej domu kilka lat temu. i czas nie leczy ran, on je tylko zabliźnia, a blizna pozostaję w duszy na zawsze. wtedy przestała podświadomie myśleć i ufać ślepo losowi, że wszystkie nieszczęścia tego świat spotykają innych, ale nie ją. spotkała się ze śmiercią bliskiej osoby. rozegrała się tragedia, która właściwie wciąż trwała. wspomnienia usunęła gdzieś głębiej w ciemne zakamarki świadomości. tak podobno działa mózg, przefiltrowuję wspomnienia, by człowiek mógł pamiętać te lepsze, i nie oszaleć. pamięta, że wyszeptała ciche i prawdziwe b o j e s i ę, pamięta, co usłyszała w odpowiedzi. nie, że wszystko będzie dobrze, nie, że czas leczy rany, ale to, że muszą się wspierać. po może dwóch tygodniach w głowie pojawiła się bezczelna myśl, że przecież świat wciąż istnieje, a jej życie trwa. niesamowita siła instynktu przetrwania, instynktu samozachowawczego. jednak jesteśmy zwierzętami, pomimo to że obdarzeni jesteśmy zdolnością rozumnego pojmowania świata. jest niewytłumaczalna w obliczu śmierci wola istnienia, więc budujesz nowy świat, który tylko pozornie jest podobny do poprzedniego, starasz się robić to co powinno się robić. ale już nic nie jest takie samo, masz bliznę na duszy, strach przed zadaniem Bogu pytania
d l a c z e g o?
jest oswojona ze śmiercią i żyje w jej cieniu.
01 marca 2009
chyba zwariowałam.
teraz, jak chyba nigdy wcześniej potrzebuje spokoju. o poranku, gdy pije kawę, wieczorem, gdy leże w łóżku. ciszy bez słów, bez muzyki.
śpię w pozycji embrionalnego strusia, na łyżeczkę z pluszowym misiem.
02 marca 2009
poszłam na spacer. to był szybki spacer, jakoś nie umiem ostatnio chodzić trybem “spacerowym”. zgubiłam się w mieście, choć myślałam, że już się w nim nie gubię. rozbolała mnie głowa, chyba od nadmiaru świeżego powietrza o smaku spalin.
lubię zapach starych murów. ich chłód, który wyczuwam zapachem i dotykiem.
na ulicach widać już wiosnę. czuć ją w powietrzu, jej zapach niesie wiatr.
mam ochotę na coś niebieskiego.
jest mi ciężko…
03 marca 2009
Trudno to zrozumieć, lecz nic
Nie daje siły by żyć,
Jakaś misterna część
W konstrukcji zdarzeń
Pękła.
coś jest nie tak. czegoś brakuję, czegoś nie ma. nie ma życia p e ł n ą p i e r s i ą.
odnajduję swój spokój. układam myśli. i czasem się tylko zastanawiam, jakim kurwa sposobem znalazłam się w t a k i m stanie?
reaguję agresją. nie lubię takich sytuacji, kiedy jestem do czegoś zmuszana, bo zawsze na wszystko się zgadzam. nie lubię, gdy ktoś stawia mnie przed faktem dokonanym, decyduję, co będę robić w sobotni wieczór, nie pytając mnie o zdania, a jeszcze na dodatek kreśląc całkiem inne plany, które bardziej mi odpowiadają.
najlepszą obroną jest atak. więc atakuję w obronie siebie.
05 marca 2009
znów mam tamtą energię ze stycznia w sobie, której nie umiem nazwać. jest mi po prostu dobrze, tak dobrze, że boję się o tym pisać, by tego delikatnego pyłku nie strzepnąć z moich skrzydeł, choć wiem, że on sam uleci, żeby wrócić.
i tylko mogę napisać się tymi słowami:
Lubię kiedy niebo jasne jest
I gdy nie pada deszcz
Powietrze pachnie wiosną ładnie tak
Jest cieplej z każdym dniem
Wiem wtedy co naprawdę ważne jest
Co potrzebne mi
Wszystko dzieje się naprawdę
I chyba ma swój sens
Nie będzie wielkiej rewolucji
Nie potrzebna jest
Nie chcę teraz być gdzie indziej
Wiosna przyszła znów.
robi mi się strasznie miło, gdy ktoś mówi do mnie przyciszonym głosem, że mogę spokojnie skorzystać z komputera, by skończyć czytać posta, gdy ktoś pisze mi, że nie wie co mógłby napisać, żebym się nie bała… całkiem obcy ludzie…pozornie. takie słowa rozgrzewają mnie od środka.
07 marca 2009
jak w tym chaosie odnaleźć siebie, swoją przestrzeń, swoje myśli?
czytam blogi, słowa, które sprzedają mi ludzie. ludzie, którzy różnią się od książkowych bohaterów, tym, że są żywi, żyją w miastach swoim życiem. takie historie stają się dla mnie bardziej pociągające i chłonę je cała.
mogłabym spędzić noce na czytaniu lub i słuchaniu o cudzym życiu.
i marzy mi się wielkie łóżko, z białą i miękką pościelą, w jasnym, dużym pokoju o białych ścianach i wielkim oknie i drewnianej podłodze, z sufitem w kolorze nocnego rozgwieżdżonego nieba.
08 marca 2009
ostatnio brakuję mi najbardziej spokoju, bycia samej ze sobą. żadnych głosów, żadnych ludzi w mieszkaniu.
ludzie mówią do mnie “nie krzycz”, nawet nie zdaję sobie sprawy kiedy podnoszę na kogoś głos. nie lubię tej nerwowości u siebie. w domu nie było ciepłych wieczorów, miłych rozmów, niedzielnych spacerów. chciałabym odpocząć w końcu od bezsensowych krzyków i pretensji. uzależniłam istnienie samej siebie od tego, gdzie i z kim jestem.
muszę sobie to wszystko poukładać w głowie. przekonać siebie samą, że jest dobrze. i może być jeszcze lepiej.
11 marca 2009
jakieś czarne myśli mnie przygniotły, na tyle, że kupiłam kolejną paczkę papierosów. a później stwierdziłam, że świadomie narażam się na zachorowanie na raka. ehh…
czas za szybko leci. potrzebne mi codziennie jedno dodatkowe popołudnie, żeby ze wszystkim zdążyć.
zapalam papierosa… i dalej do przodu. bo przecież ja nigdy nie lubiłam się cofać, gdy myliły mi się kierunki, bo kręciłam się w kółko, gdy nie szłam tam, gdzie miałam iść, nie zawracałam. dziś zawracam, poprawiam. i cóż, nie pierwszy i nie ostatni raz człowiek zrobi z siebie kretynkę, a zawsze można to zwalić na kolor włosów i się uśmiechnąć.
mam ochotę kupić jakiegoś kwiatka albo roślinkę. przelewać na nią swoją miłość i uwagę. na rybkę czy szczurka niestety nie mogę sobie pozwolić, bo zjadłaby je kota.
papieros i do przodu!
16 marca 2009
boli mnie głowa. jakbym miała jakieś napięcie w sobie, które objawia się bólem głowy. zaczęłam zażywać witaminy, może pomogą.
czas rozpierdolić swoje studia i pracę mgr. tak, rozpierdolić. raz, a porządnie. konkretnie.
w piątek witam wiosnę.
21 marca 2009
wielkie płatki wiosennego śniegi uspakajają mnie.
i wiem, w którym momencie rzeczywistość wymaga, a ja nie stawiam jej czoła.
22 marca 2009
chcę poukładać wszystkie elementy w jedną całość. złapać dystans, zobaczyć wszystko z innej perspektywy. budować swój świat.
02 kwietnia 2009
nieuchronnie idzie wiosna.
mózg uśpiony, emocje upchane gdzieś głęboko nie mogą się wydostać na powietrze. przestrzeń się kurczy i dusi, rzeczywistość przytłacza.
przejściowość, tymczasowość mnie.
presja społeczeństwa. mimo wszystko to jeszcze nie ten czas, nie ta ja.
czas za szybko mija. dni wymykają się z rąk.
03 kwietnia 2009
a ja wciąż śnię. na jawie. nie potrafię się obudzić.
i zarzekam się, że nie potrzebuję pocałunku księcia. bo ja już nie jestem małą śpiącą księżniczką. ale dużą dziewczynką, która nie wierzy w bajki.
chcę wierzyć, że się obudzę.
04 kwietnia 2009
już lepiej jest roztrzaskiwać się o skały życia, być wyrzucanym na brzeg przez okrutne fale. niż nie czuć nic.
stagnacja. marazm. pustka.
zupka się zepsuła. przed chwilą Tori Amos zaśpiewała: I’m still alive.
zdecydowanie nie lubię takich pięknych słonecznych sobót jak ta dzisiejsza. cholernie czuję się wtedy samotna. chciałabym wyjść na spacer i porozmawiać. z kimś.
zbyt osobiste słowa, zbyt wygórowane pragnienia.